|
poniedziałek, 24 lipca 2006
Odloty
do kogo będą modlić się wróble strachu w słomianym kapeluszu pożeglowałeś z wiatrem zamieszkałeś w różowej chmurze porowata porosła twoja twarz jak twarz ziemi pachniała mlekiem i czosnkiem wyżej- tkwił słomiany kapelusz ucieczko złodziei jehowo na zwykłych nogach tkwiących w butach namokłych rzucających mannę grochu w słońcem pieszczone zagony pożeglowałeś z wiatrem zapomniałeś o kłosach o chlebie świegocące płochliwie śmiało chwytajmy słomiany kapelusz żeby nie mógł zamieszkać w niebie
niedziela, 23 lipca 2006
Spotkany
jestem zapiety cierpką agrafką nie mam ust w sztywnym prześcieradle przedmiot z krzyczącą nogą pięć palców pod windą rzucony na łup - nie chcę- kopię kopię uparte drzwi nasłuchuję cierpliwego skowytu czekam zgięty nade mną wczoraj wszeptywał mi wielka prawdę o zielonym niebie o tańczących aniołach opłatek wiary był tak okrągły że mi utkwił w gardle zjechałem w dół kopię kopię umarłe drzwi chcę wjechać windą na najwyższe piętro nieba Z tytułem i dedykacją na końcu
Berenika nie wiedziała o tym że listy idą drogą na pięciokątnych nogach z księżyców spadłych z liści dlatego w czworokątnym oknie słońce gasnąć nie chciało ale światłem oczu płowiało dzień noc ona skrzydeł od niskich chmur listonoszom prosiła drżała niecierpliwość włosami wiała wplątanymi w najszybszy wiatr aż raz w trójwymiarze ze srebra zamieszkał biały gołąb w dziobie niósł wiadomość wesołą śpiewał zaskrzypiały świątyni drzwi kazirodne nożyczki- potem to co było na ustach na niebie zawisło niezmiernym złotem WARKOCZ BERENIKI dla ciebie choć nie wierzę w powroty Manekiny
manekiny mają ślepe piersi kształt łydek jak napięta struna dźwięcząca wiecznie chłodnym tym samym tonem manekiny mają włosy skończone a twarze szczupłe zapatrzone w siebie spod przymkniętych powiek manekiny pogardzają tłumem nie drżą w istnieniu doskonałe nieruchome rozpościerają palce chwil nad mijającą barwą jedwabiu z twarzą przyklejoną do szyby pod suknią pod szeleszczącą suknią jestem wspaniałym elastycznym manekinem Pytanie w pustkę
co powiesz nam porzuconym żonom żółta Nefretete w łóżku faraonów gięłaś się posłuszna władczym uściskom a gdy odchodził krokiem głuchym kładłaś drobne pięści w usta gryzłaś złota co powiesz nam bezdomnym odartym z wszystkich pragnień ty- z pałacu ty- z tronu nad smutną kolebką martwego dziecka zadumana pochmurnie co powiesz nam wiecznie mijającym wieczna? W słońcu południa
dziewanna włosami ze złota włosami z rudej czerwieni owinęła szyję pręży zielone piersi na smagłym ciele ziemi dziewanna nie zna wstydu dziewanna jest trawą zmarszkami z promieni rozkwita dziewanna pod jasnym niebem gnie seledynowe ciało wszystkimi włosami chwali żyzną złotą nagość *** (my nie wierzymy w piekło)
my nie wierzymy w piekło w ogień tańczący same jesteśmy iskrami w naszych twarzach co noc przeglądają się zaspane gwiazdy my z otchłani światów pachnące siarką i smołą (perfumy to też alkohol) tulimy w miękkim uścisku tych z piekła i tych z nieba kto nas potępi jeśli nie same śmiechem szalonym nie dotykajcie nas ręką nie wytykajcie palcem cienie umarłego wieczoru wśród zaułków - tańczą latarnie- nasze bose stopy dzwonią dzwonią pod księżycem jak srebrny pieniążek (perfumy to też alkohol)
sobota, 22 lipca 2006
Tańcząca Nina
dlaczego umarła Nina na strychu wśród mokrych prześcieradeł okręciła szyję sznurkiem od bielizny jeszcze patrzyła przez niewielkie okno gdy przyszła śmierć fioletowo- złota złoto- fioletowa jak samotność umarła Nina nie żyje nietoperz przysiadł na włosach w puste oczy zagląda- myśli człowiek- myśli a to Nina umarła na sznurku od bielizny zawisła kiedy biodrem jedwab potrąca patrzą na nią i ściskają pięści mężczyzni o chmurnych mięśniach o twarzach jak negatyw słońca które światłem rozbłyśnie zalśni na wysokich obcasach wspięta w powietrzu na palcach idzie i trzyma w rękach jakiś śpiew jakiś wiatr na palcach wspięta tańczy piersi każda osobno głębiej wycięty trójkąt serca kręte drogi krwi odpływa przypływa wygina szyję biodra rozkołysane senne biodra wstające wiecznie i wiecznie zasypiajace w tym samym ruchu brzuch opowieść o brzuchu uniesiona ciemna głos głos który wabi głos który odpycha głos który mięśnie napręża opowiada o smagłej powierzchni ciała o nagłych przegięciach skrętach zdławiony milionem pocałunków łkający zwierzęcy głos usta wypukłe sukienka wzdęta ręce zaciśnięte usta otwarte- ręce i stopy stopy- właśnie jak duszny wąski sen tańczy Nina na sznurku na zwykłym nie żyje Nina i czemu taką piękną ma szyję takie nogi jak słowa refrenu je t'aime Nad Heloizą
pytała dnia- dlaczego srebrny wstał i uczesał obłoki zwierzała się sosnom wysokim na pagórki wbiegała milkła słońce- krzyczała- słońce zgaśnij jak moja miłość nie świeć słońce oczy rękoma kryła poprzez suche gałęzie wiatr pochylony nad nią dotknął pasma włosów zadrżała i ręką odtrąciła wiatr zgasło słońce złowiona w sieć księżyca trzepotała poczwórną skrzelą drobna płotka wyciągnięta na piach Nad Heloizą
Heloiza nie była grzeszna Heloiza nie miała welonu Heloiza nie spała w rzece obnosiła swoją złotą nagość po zakurzonych ulicach wielkie sosny- umarłe przed nią śpiewały: - hosanna hosanna Heloiza- zielona łodyga Heloiza- zalążek kwiatu Heloiza- smagła czereśnia przyklękła pod ciężarem plonu hosanna- krzyczeli- hosanna potem wzięli Heloizę białą ubrali w biały welon i w smutnej utopili rzece Heloizy złote obłe ciało - hosanna- |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||